TOMASZ OKULEWICZ
30paź

Raggamuffin A.D. 2008

Raggae LionJakiś czas temu zdałem sobie sprawę, że mimo tego iż moje gusta muzyczne są całkiem rozległe, to poruszam się w pewnym jednak zamkniętym kręgu. Następnie, zdiagnozowałem w sobie pragnienie posłuchania czegoś nowego. Czegoś, czego jeszcze nie mam w swojej dość pokaźnej audiotece.
Takim powiewem świeżości była – ponad rok temu – płyta MALEO REGGAE ROCKERS, która dała mi posmakować jamajskich rytmów made in Poland.
Moje nastawienie do reggae od zawsze było pozytywne, choć jakoś nigdy nie złożyło mi się zapuścić głębiej w te obszary muzyki. Reggeamova stała się więc niejako ziarnem, które wykiełkowało na wiosnę 2008 roku i przyniosło niespodziewanie obfite plony.
Ale po kolei …

Punktem zaczepienia w moich poszukiwaniach były ksywki nawijaczy (Pablopavo i Reggaenerator), którzy wystąpili gościnnie na płycie zespołu Darka Malejonka.
I tak odkryłem zespół VAVAMUFFIN. Obie ich studyjne płyty (Vabang! i Inadibusu) zrobiły na mnie piorunująco pozytywne wrażenie. Znajdujące się na nich utwory aż kipią energią – są bardzo rytmiczne i atrakcyjnie zaaranżowane, a w połączeniu z szybkim i wyrazistym (czasem agresywnym) wokalem – tworzą idealną mieszankę, której mogę słuchać (i nadal słucham) na okrągło. Co więcej – takie dancehall’owe riddimy wywołują u mnie – osoby, która z zasady nie lubi tańczyć – nieopartą chęć żywszych podrygów i pobujania się w rytm muzyki.

Ciężko byłoby mi wskazać która z tych dwóch płyt jest lepsza, bo każda z nich zawiera zarówno świetne kawałki (np. Recharge, Natasha From Rush’yah, Jah jest Prezydentem, VaVaTo), ale i takie które mi za bardzo nie podchodzą i je pomijam (Oriento, Poor People). Odpuściłem sobie natomiast krążek Dubang! zwierający remiksy utworów z pierwszej płyty. Podobały mi się z nich tylko 3 miksy, reszta jest zbyt udziwniona.

Ocena:

Jak wiadomo – apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc pomyślałem sobie, że VAVAMUFFIN z pewnością nie jest jedynym przedstawicielem polskiego nurtu reggaemuffin/dancehall. Dlatego, po otrzaskaniu się z kawałkami warszawskiej ekipy, zacząłem przeglądać e-księgarnie w poszukiwaniu podobnych artystów.

Mój pierwszy wybór padł na EASTWEST ROCKERS i był to strzał w dziesiątkę. Płyta Ciężkie czasy przez dobry miesiąc nie wyjeżdżała z odtwarzacza i tłukłem ją od deski do deski. Ten album nie ma ani jednego słabego utworu. Wszystkie są świetne, a niektóre są jeszcze lepsze od pozostałych (Transparenty, Energia, Ciężkie czasy). Ze wszystkich posiadanych i przesłuchanych przeze mnie płyt reggae, ta jest najbardziej naładowana pozytywną energią, przez co najchętniej i najczęściej sięgam właśnie po nią.
EASTWEST ROCKERS to dla mnie, najlepszy obecnie polski sound system, dlatego bardzo ucieszyła mnie informacja, że pod koniec listopada ma ukazać się ich drugi album – Jedyna broń – z 18 nowymi kawałkami. Mam nadzieję, że chłopaki (wraz z zaproszonymi gośćmi) staną na wysokości zadania i premierowy materiał będzie równie energetyczny jak ten z Ciężkich czasów.

Ocena:

Krążek Rockersów przypieczętował moje żywe zainteresowanie polskim dancehall’em, więc bez wahania sięgnąłem po kolejną płytę. Tym razem był to DUBERMAN – King Of The Day.
Przy tym wyborze, polegałem tylko na przeczytanych w sieci recenzjach, które były utrzymane mniej więcej w tonie, jak ta: King Of The Day to debiutancka płyta zespołu Duberman, już uznawanego za nowe objawienie na polskiej scenie reggae oraz wykładnię tego co w jamajskich brzmieniach najlepsze …
Był to zatem zakup praktycznie w ciemno i może dlatego spotkało mnie duże rozczarowanie. Okazało się, że DUBERMAN wykonuje klasyczne reggae – nie powiem, całkiem sympatyczne – ale kompletnie nie wpadające mi w ucho, aby tam na dłużej pozostać. King Of The Day przesłuchałem już kilka razy, a nadal nie jestem w stanie sobie przypomnieć/zanucić linii melodycznej żadnego z utworów. Dokłada się do tego pewnie i to, że prawie wszystkie piosenki śpiewane są tylko po angielsku. Z przykrością muszę stwierdzić, że DUBERMAN, to najbardziej nietrafiona w moje gusta płyta w tym zestawieniu.

Ocena:

Po tej wpadce, na trochę przystopowałem z eksploracją polskiego dancehallu. Do czasu, gdy na YouTube – zupełnie przypadkowo – trafiłem na kilka klipów wrocławskiej formacji NATURAL DREAD KILLAZ. Były to tylko trzy utwory, ale spodobały mi się na tyle, że postanowiłem zdobyć tą płytę. Zdobyć to dobre określenie, ponieważ ich płyta – Naturalnie, została wydana w 2005 roku i obecnie jest bardzo ciężko dostępna. Rozmawiałem nawet w tej sprawie z menadżerem zespołu, ale i on bezradnie rozłożył ręce. Na szczęście bardziej pomocni okazali się fani reggae z Last.fm i dzięki ich pomocy, udało mi się w końcu kupić tą płytę.
Kawałki NATURAL DREAD KILLAZ są w większości ostrzejsze od tego co słyszałem wcześniej, ale nadal bardzo melodyjne, których dobrze mi się słucha. Zresztą nie tylko mi. Mojej 8-letniej córce bardzo spodobał się utwór Muzykalna dzielnica. Często prosi o jego puszczenie, dzielnie dotrzymując wówczas kroku wokalistce w strofach refrenu.
Jedyne zastrzeżenie mogę mieć do tekstów niektórych piosenek, które są mi – że się tak wyrażę – odległe ideologicznie.

Ocena:

Także na YouTube, trafiłem na klip promujący debiutancki album MARIKI – Plenty. Moje serce od razu wpadło mi w ucho, a gdy doczytałem, że Lady Marika to polska królowa dancehallu, w dniu premiery jej krążka, zawitałem do sklepu.
Myślę, że niewiele rozminę się z prawdą mówiąc, że podczas pierwszego odsłuchu, z każdym kolejnym utworem czułem wzrastające we mnie rozczarowanie. Ta płyta bowiem, jest dla mnie mało strawnym koktajlem: reagge, jazzu, soulu, funku i d’n'bass – z niestety, najmniejszym akcentem na ten pierwszy. Nie jest to płyta lekka, którą mogę włączyć sobie w dowolnym momencie. Z całego albumu, na który składa się 15 utworów, tak naprawdę podoba mi się tylko pięć kawałków – tych najbardziej melodyjnych (Funky so sure, Masz to, Moje serce, Siła ognia i So sure). Reszta jest albo zbyt szarpana albo zbyt rozwlekła i żeby tego słuchać muszę się na to nastawić. A nie o to przecież mi chodziło.

Ocena:

Stacji radiowych (tych puszczających muzykę) słucham rzadko, więc chyba miałem szczęście, że gdy akurat oddawałem się tej czynności – stojąc w korku – usłyszałem piosenkę zatytułowaną Każdego dnia. Przyjemne, melodyczne reggae, z fajnym tekstem, a głos wykonawcy był mi się dziwnie znajomy.
Okazało się, że to MESAJAH – jeden z założycieli NATURAL DREAD KILLAZ, który właśnie wydał płytę. Jako, że MESAJAH był współautorem całego materiału zawartego na Naturalnie, więc byłem przekonany, że jego solowy album też mi się spodoba.
I rzeczywiście, Ludzie prości to 11 utworów tworzących jedną, spójną całość, utrzymaną w dancehall’owej konwencji, bez zbytecznych udziwnień. Pojawił się tylko jeden mały zgrzyt. Mianowicie – zaskoczyło mnie, początkowo granicząc wręcz z oburzeniem to, że MESAJAH w pierwszym utworze (Nowy dzień) poleciał riddimem użytym wcześniej przez EASTWEST ROCKERS w Prostych słowach, a w Ludzie prości – wykorzystał wręcz cały podkład muzyczny, który również zagrali EASTWEST ROCKERS – w kawałku H.I.M. Jednak przyjazne dusze z last.fm, szybko wyjaśniły mi, że są to ogólnodostępne bity, z których mogą i korzystają inni wykonawcy raggae. Skoro panują tam takie obyczaje, postanowiłem przejść z tym do porządku dziennego, choć leciutki niesmak gdzieś pozostał …

Ocena:

Moim najnowszym odkryciem – sprzed zaledwie kilku dni – jest radomski duet JAMAL. Nauczony jednak wcześniejszymi doświadczeniami (DUBERMAN, MARIKA), w celach poznawczych, ściągnąłem najpierw ich oba albumy z sieci. I całe szczęście, bo gdybym znowu miałbym polegać na opiniach innych – kupiłbym ich pierwszą płytę Rewolucje (2005 r.), a nie tegoroczny album – Urban Discotheque.
Po przesłuchaniu okazało się, że z Rewolucji spodobały mi się raptem 4 utwory (Kiedyś będzie nas więcej,Policeman, Słowo i Warto to przetrwać), natomiast z 16 utworów zawartych na Urban Discotheque, aż 12 znalazło moje uznanie (w tym, mój już ulubiony – Pull Up). Nowością dla mnie było pojawienie się w kilku utworach nawijek po francusku. Nie do końca mi się to podoba – bo po pierwsze: już się przyzwyczaiłem do tylko polsko-angielskich rymowanek; po drugie – znam języka francuskiego; a po trzecie – gdy słyszę Frenchmana, mam wówczas nieodparte skojarzenia z niesławnymi produkcjami niejakiego Rocha ‘Skorpiona’ Pawlaka.
Nie przeszkodziło mi to jednak zamówić Urban Discotheque. Niecierpliwie oczekuję na przesyłkę. Płyta już na półce.

Ocena:

 

Czemu tak bardzo polubiłem raggamuffin? Jej magnetyczna siła tkwi w odpowiednio dobranych, wpadających w ucho rytmicznych podkładach – bardzo naładowanych energią i dobrze dopasowanych melodycznie do nich tekstów, niosących pozytywne przesłanie. Również niebagatelne znaczenie ma sposób aranżacji tych produkcji – w większości przypadków ucelowany w moje gusta.
Jak dla mnie, ta muzyka, to niezawodny środek do wprawienia się w dobry nastrój – natychmiastowo i bez żadnej chemii. Czego i innym gorąco życzę, muzykę tę polecając.

Odpowiedzi: 4 do wpisu “Raggamuffin A.D. 2008”

  1. Peshoo pisze:

    Siemanko :) Drobna uwaga. Określenie „radomski duet” w odniesieniu do Jamala jest cokolwiek nieścisłe, bo co najmniej dwóch jego aktualnych członków pochodzi z Wrocławia. Są to klawiszowiec WooCheck *) i basista Gienia **). Ten drugi to legenda dobrej wrocławskiej muzy, który wcześniej współtworzył m.in. Funny Hippos, FFOD, Moonlight. Obaj panowie dołożyli się na „UD” do kompozycji i produkcji. Polecam rzucić okiem do pudełka.

    No i druga sprawa: dla mnie nawijki Frenchmana to absolutna rewelka. Ale może dlatego, że nie zupełnie kojarzę w/w Skorpiona :) )

    *) http://www.jamalmusic.pl/sklad/woocheck.html
    **) http://www.jamalmusic.pl/sklad/gienia.html

  2. Peshoo pisze:

    Nie mówiąc już o tym, że duet składa się najczęściej z dwóch osób, a nie ośmiu :) )

  3. Pisząc „duet” miałem na myśli samych założycieli JAMAL’a – Łukasza Borowieckiego i Tomka Mioduszewskiego zakładając (z góry), że to oni stanowią trzon zespołu …
    A co do Skorpiona, oto mała próbka jego możliwości =>
    http://pl.youtube.com/watch?v=Cn2XPRPmYF0
    (jest tam gdzieś i jego ‘francuski’ rap ;)

  4. Achaja pisze:

    … a ja zachęcam do wybrania się kiedyś na festiwal muzyki reggae, której jest pełno latem :) np do Ostrudy lub Bielawy… Wadowic…