Indiana Jones i wielkie rozczarowanie
Skłamałbym mówiąc, że serce nie biło mi mocniej gdy oglądałem kolejne trailery Królestwa kryształowej czaszki. Jednak, gdy wybierałem się już do kina na najnowszą część przygód Indiany Jones’a, starałem się nie mieć żadnych wygórowanych oczekiwań. I to nie dlatego, że Harrison Ford jest już w wieku tuż przedemerytalnym, czy, że oponentami dzielnego archeologa, zamiast nazistów są Rosjanie. To sama fabuła nie wzbudziła mojego zainteresowania, mając więcej wspólnego ze Świątynią Zagłady (moim zdaniem najsłabszej części), niż z kultowymi dla mnie Poszukiwaczami zaginionej Arki czy Ostatnią krucjatą.
Aż trudno mi uwierzyć, przez tyle lat, nie udało się nikomu napisać porządnego scenariusza. Jak kiepskie musiały być kolejne propozycje, skoro w końcu zaakceptowano właśnie ten?
Nie wiem też dlaczego Spielberg z Lucasem uznali za dobry pomysł wplecenie akcji w identyczny schemat wykorzystany 20 lat temu. Przez to film jest do bólu przewidywalny (niemalże scena po scenie), a przy braku innych punktów zaczepienia - w postaci błyskotliwych dialogów czy dobrej gry aktorów (o tym dalej), całość smakowała mi niestety jak źle doprawiony i po raz kolejny odgrzany ten sam, stary kotlet.