Dinozaury pod Szczelińcem
Pierwsza niedziela czerwca była dla nas w końcu dniem prawdziwie wolnym. Nie zważając zatem na dość niepewną pogodę, ruszyliśmy do obiecanego dzieciom Parku Dinozaurów w Karłowie. Wybrałem ten park, zachęcony opisami na ich stronie internetowej, ale po dotarciu na miejsce, całość prezentowała się nieco mniej atrakcyjnie niż na zdjęciach. Głównie dlatego, że wszystkie figury przedpotopowych gadów były ogrodzone – nie można było do nich podejść, dotknąć, uwiesić się – choć prawdę mówiąc chyba bardziej nie podobało się to nam – dorosłym, niż dzieciakom. Najbardziej zadowolony był naturalnie Marek – największy w rodzinie fan dinozaurów, próbujący ścigać się z Kingą w odczytywaniu nazw gatunków – tych, których nie znał czy nie pamiętał.
Mimo tego, że park zajmuje sporą powierzchnię, zapoznanie się z całością kompleksu zajęło nam zaledwie 20 minut. Dość szybko zważywszy, że podróż do Karłowa trwała 1,5 godziny. Toteż gdy z synem odbywałem drugą rundę wokół eksponatów, Krysia zasięgnęła języka na temat najbliższych okolicznych atrakcji.
Okazało się, że od wejścia na szczyt pobliskiego Szczelińca Wielkiego (najwyższego wzniesienia Gór Stołowych) dzieli nas niespełna godzina wspinaczki. Nie wyglądało to na zbyt poważne wyzwanie dla naszej drużyny, odczekawszy więc aż najcięższe deszczowe chmury oddalą się na bezpieczną odległość, ruszyliśmy pod górę.
Trasa po 665 kamiennych schodach (wykonanych pod koniec XVIII w.) wiła się pomiędzy skałkami urokliwie poutykanymi wśród gęstego lasu mieszanego. Dodatkowym walorem była jednokierunkowość szlaku, dzięki czemu w drodze na szczyt nie spotkaliśmy żywego ducha (poza towarzyszącą nam przez pewien czas ciekawską sójką).
Po dotarciu do schroniska byliśmy zmuszeni zrobić sobie dłuższą przerwę z uwagi na dwukrotne, dość intensywne ulewy. Czas ten jednak nie był stracony, O nie! Latorośle zajęły się konsumpcją całkiem smacznych zapiekanek, średnio twardych gofrów i niedosmażonych frytek. Ja zjadłem resztki.
Jak wspomniałem, trasa na Szczeliniec została zaprojektowana jednokierunkowo, więc aby zejść z powrotem do Karłowa, musieliśmy obrać inną drogę, prowadzącą najpierw przez … kasę.
Byliśmy jednak zupełnie nieświadomi co czeka nas dalej. Po zaliczeniu punktu widokowego, w najwyższym miejscu góry (Fotel Pradziada), zagłębiliśmy się w istny labirynt ciasnych, krętych korytarzy wśród głębokich wąwozów i równie głębokich licznych szczelin. Miejscami przejścia były tak niskie i wąskie, że mieliśmy z Krysią problemy żeby (z założonymi plecakami) się przez nie przecisnąć.
Dodatkowo, na skutek wcześniejszych opadów, trasa zamieniła się miejscami w błotniste rozlewiska, a mokre skalne schody stanowiły duże zagrożenie poślizgnięcia. Ale to nie wszystko – schodząc do miejscowego Piekiełka (w którym zalegał jeszcze śnieg) znowu się rozpadało. Tym samym sytuacja zrobiła się z lekka hardcorowa.
Jednak, mimo tych wybitnie niesprzyjających warunków nikt nie narzekał (za bardzo) i wszyscy byliśmy pod wielkim wrażeniem tego urokliwego miejsca – zarówno samej trasy przemarszu jak i mijanych różnorodnych form skalnych przypominających swoim wyglądem ludzi oraz zwierzęta. Czułem się jakbym znów był w czeskim skalnym mieście.
W górach, jak to w górach – pogoda zmienia się szybko, więc gdy dotarliśmy do kolejnego punktu widokowego zwanego (nomen omen) Niebo, na firmamencie nie było już ani jednej chmurki, a uśmiechnięte pełną gębą słoneczko susząc nasze ubrania, uprzyjemniło nam dalszą drogę na parking.
Ostatnim punktem programu była oczywiście wizyta w sklepie pamiątkarskim. Oczywiście nie odbyło się bez etapu targowania się. Nie ze sprzedawcą. Z naszymi dziećmi.
Udało nam się w końcu wynegocjować zamianę wypatrzonych łuków i całkiem sporych drewnianych mieczy na znacznie bezpieczniejsze drobiazgi. Na koniec, leciwy sprzedawca, co to już zapewne nie jedną wycieczkę u siebie gościł, pochwalił nasze bardzo grzeczne dzieci. Taaa … jakby to była ich zasługa
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
-
Ostatnie wpisy:
Mikroblog:
Komentarze:
Z windy do sadu @alekjed: już się przyzwyczaiłem
Z windy do sadu Rozwiązaniem tego problemu jest KeyRemap4Macbook, który polecam z całego serca
http://pqrs.org/macosx /keyremap4macbook/Z windy do sadu Generalnie tak, choć nadal (dość często) mylę prawego Alta z ⌘ – bo jest przesunięty względem pecetowej klawiatury...
Z windy do sadu A już się przyzwyczaiłeś do innych skrótów klawiszowych itp? Pamiętam, że początkowo czułem się jakoś obco z Leopardem....
Z windy do sadu Jestem nim wciąż oczarowany



































